Little Bastard” — samochód który pragnął krwi! Porsche 550 Spyder

on Maj 31, 2017

Możli­we, że ostat­nio trochę skła­małem. Miałem już nie pisać przez jak­iś czas o Le Mans i rzeczach z tym związanych, no ale zapowiedzi­ałem także nieco prz­er­aża­jącą his­torię, którą muszę się podzielić. I to właśnie dziś nad­szedł ten czas. Chodzi o samochód Jame­sa Dean‘a – Porsche 550 Spy­der.

Jak wiado­mo, mod­el ten został skon­struowany by ści­gać się w dwudziestocztero­godzin­nym wyś­cigu na torze Cir­cuit de la Sarthe. Samochód był świet­ny i zdobył sporą pop­u­larność, między inny­mi dzię­ki osią­gom w sportach motorowych – głównie w swo­jej klasie, z Fer­rari i inny­mi konkurenta­mi wyposażony­mi w znacznie więk­sze jed­nos­t­ki napę­dowe nie mógł pod­jąć równej wal­ki. James Dean, młody amerykańs­ki aktor i ama­tor sportów motorowych stał się właś­ci­cielem jed­nego ze zbu­dowanych egzem­plarzy. „Lit­tle Bas­tard”. Pod tą pieszc­zotli­wą nazwą nadaną przez właś­ci­ciela, Porsche 550 Spy­der zdobyło ogrom­ną sławę. I tu zaczy­na się ciekawa cześć his­torii tego pojaz­du.

Początek legendy”

Zarówno krewni Jame­sa jak i zna­jo­mi aktorzy twierdzili, że coś w tym samo­chodzie ich prz­er­aża. Jeden z nich, a mianowicie Alec Guin­ness, ostrze­gał młodego Dean‘a, że jeśli będzie jeźdz­ił nim na co dzień, samochód zabi­je go w ciągu tygod­nia. 30 wrześ­nia 1955 roku, dokład­nie sie­dem dni po pro­roczym komen­tarzu Guin­nes­sa, doszło do kolizji z udzi­ałem „Małego Dra­nia”. Na skutek odnie­sionych w wypad­ku obrażeń dwudziestocztero­let­ni aktor zmarł. Mechanik jadą­cy z nim, Rolf Wütherich poma­ga­ją­cy przy­go­tować samochód do wyś­cigów, wyle­ci­ał przez przed­nią szy­bę i zła­mał szczękę. Nic więcej. Jedynym zabawnym ele­mentem tego wydarzenia jest nazwisko młodego stu­den­ta prowadzącego For­da, z którym zderzyła się sława. Tur­nup­speed… Serio. Jed­nak na tym śmiechy się kończą i robi się nieco creepy.

To dopiero początek

Śmierć akto­ra była dopiero początkiem serii niefor­tun­nych zdarzeń związanych z tym konkret­nie samo­cho­dem. Porsche trafiło w ręce Georgea Bar­risa odpowiedzial­nego wcześniej za dopra­cow­anie wozu. Pojazd spadł z lawe­ty i zmi­ażdżył nogi jed­ne­mu z mechaników. Przy­padek, moż­na by powiedzieć. Ale czy na pewno? Bar­ris sprzedał ocalały sil­nik i skrzynię biegów innym kierow­com ści­ga­ją­cym się Spy­dera­mi. Troy‘owi McHenry‘emu i William‘owi Eschird‘owi. Pod­czas jed­nego z wyś­cigów samochód McHen­ryego stracił przy­czep­ność, wypadł z toru i uderzył w drze­wo zabi­ja­jąc kierow­cę. Tego samego dnia, pod­czas tego samego wyś­cigu, także dru­gi z dwóch lekarzy miał poważny wypadek, z którego uszedł jed­nak z życiem. Obo­je mieli w swoich samo­chodach założone częś­ci z pojaz­du Jame­sa Deana.

To jed­nak nie wszys­tkie ele­men­ty które poszły w świat. Bar­ris sprzedał opony z nieszczęśli­wego wozu człowiekowi z Nowego Yorku. Dzi­wnym zbiegiem okolicznoś­ci obie eksplodowały posyła­jąc samochód do rowu. Moment moment, to wciąż nie wszys­tko.

Gdy ory­gi­nal­ny, rozbity samochód był prze­chowywany, próbowano ukraść z niego kil­ka częś­ci. Złodzie­jaszek nie spodziewał się jed­nak naw­ied­zonego samo­chodu. Pró­ba kradzieży skończyła się na poważnie roz­ciętej ręce. Ale to jeszcze nic!

Nie cierpię lawet! 

Porsche było prze­wożone lawetą w inne miejsce – z jakiegoś powodu Bar­ris chci­ał się go pozbyć, ciekawe, dlaczego? W każdym razie tu his­to­ria robi się naprawdę sza­lona. Pod­czas trans­portu kierow­ca stracił kon­trolę nad pojaz­dem i jakimś „cud­em” wypadł z kabiny. Nie odgad­niecie co się stało. A może odgad­niecie? Porsche też nie miało ochoty na podróż tym pojaz­dem, więc postanow­iło sobie spaść. A co się będzie? Tyle, że spadło pros­to na kierow­cę. Jak to się skończyło raczej tłu­maczyć nie muszę. Tylko nie myśl­cie, że to już koniec. Skądże!

Dwa lata później samochód znów włas­nowol­nie opuś­cił plat­for­mę lawe­ty, którą go trans­portowano i doprowadz­ił do wypad­ku… Nieco później, w 1958 roku, kiedy pięćset pięćdziesiąt­ka spoczy­wała na zaparkowanej ciężarów­ce, hamulce pojaz­du trans­portu­jącego odmówiły posłuszeńst­wa, po czym całość stoczyła się na wstecznym i doszło do „dobi­cia” przek­lętego pojaz­du.

Złego diabli nie biorą

Jed­nak nim do tego doszło, wydarzyło się jeszcze parę innych rzeczy. Na przykład: samochód był przetrzymy­wany w garażu, który z nieokreślonych przy­czyn spłonął. Jak się pewnie domyślac­ie, pojazd był nietknię­ty przez płomieni! Jeszcze wcześniej postaw­iono go przed jed­ną ze szkół, gdzie miał służyć jako prze­stro­ga dla tych uwiel­bi­a­ją­cych pręd­kość. Mimo że wóz bardziej przy­pom­i­nał wrak niż samochód sportowy, zdołał pośred­nio zła­mać komuś rękę, innej oso­bie nogę a jeszcze innym coś tam się przy­trafiło. Przy­padek? Nie sądzę…

No nie wiem co Wy o tym myśli­cie, ale moim zdaniem był (/jest?) to samochód z piekła rodem. Wierzyłbym w 2–3 zbie­gi okolicznoś­ci, które doprowadz­iły do wypad­ków czy kon­tuzji, ale aż tyle? W dodatku tak absurdalne? No ja nie wiem. Coś mi tu śmierdzi. I dzi­wnie zalatu­je siarką. Ale kończąc tę his­torię, nikt nie wie, gdzie pozostałoś­ci samo­chodu są obec­nie (z wyjątkiem kilku ele­men­tów), gdyż pod­czas kole­jnego trans­portu słuch o samo­chodzie zag­inął. Creepy as hell. Że jeszcze nikt fil­mu o tym nie nakrę­cił…

Dobra, kończę. Inaczej dzisi­aj nie zas­nę. A co Wy o tym myśli­cie? Naw­ied­zony wóz, czy ostro pod­kolory­zowana his­to­ryj­ka? Podziel­cie się swoi­mi opini­a­mi! I jak zawsze, zapraszam do pol­u­bi­enia Fan­Pagea, to zachę­ca do tworzenia i szuka­nia podob­nych his­torii! 3mta się i poz­dro 600! (to ostat­nie chy­ba wszyło już z mody?)