24h Le Mans — Śmierć czai się za zakrętem.

on Maj 3, 2017

Dziś krót­ka lekc­ja his­torii a w niej: „Jed­na z niewielu fajnych rzeczy u Fran­cuzów”, „Dlaczego nie powin­no się wykony­wać gwał­townych manewrów na jezd­ni”, „Pozy­ty­wny sza­le­niec” i „Dlaczego este­ty­ka cza­sem spa­da na 2 miejsce”. Ktoś reflek­tu­je? To zapraszam!

Jedna z niewielu fajnych rzeczy u Francuzów

24h Le Mans, jeden z najbardziej prestiżowych a zarazem najniebez­pieczniejszych wyś­cigów samo­chodowych odby­wa­ją­cy się na pon­ad 13km torze Cir­cuit de la Sarthe we Francji. Wyś­cig po raz pier­wszy odbył się 26 maja 1923 r. i z wyjątkiem 1936 i lat 1940–48 (hmm… ciekawe czemu…) orga­ni­zowany był co roku.

Dlaczego nie powinno się wykonywać gwałtownych manewrów na jezdni

Niebez­pieczeńst­wo cza­iło się za każdym zakrętem a każdy kierow­ca biorą­cy udzi­ał w wyś­cigu ryzykował swo­je życie. Do naj­trag­iczniejszego wypad­ku (nie tylko w his­torii 24h Le Mans a całego sportu motorowego) doszło 11 czer­w­ca 1955 r., gdy Pierre Lev­egh jadą­cy Mer­cedesem-Ben­zem 300 SLR pod­szedł do wyprzedza­nia Lance‘a Macklin‘a jadącego Austinem Healey 100S. Mack­lin wykon­ał manewr mają­cy na celu uniknię­cie kon­tak­tu z jadą­cym przed nim Mike‘m Hawthorne‘m zjeżdża­ją­cym niespodziewanie do pit-stopu. Zaskoc­zony a zarazem jadą­cy ze znacznie więk­szą pręd­koś­cią kierow­ca Mer­cedesa uderzył w samochód Lance‘a. Mer­cedes został wyrzu­cony w powi­etrze, uderzył o wał odd­ziela­ją­cy wid­own­ię od toru, po czym wpadł na płotek tuż przy zatłoc­zonych try­bunach i stanął w płomieni­ach. Częś­ci roz­er­wanego pojaz­du miotane impetem wypad­ku siały zniszcze­nie wśród pub­licznoś­ci. Zależnie od źródeł około 83–84 oso­by straciły życie a blisko 120 zostało zran­ionych. Sam Lev­egh został wyrzu­cony z pojaz­du i zginął na skutek urazu głowy.

Dzię­ki reakcji Pier­ra, który chwilę przed swo­ją śmier­cią gestem ręki zdołał ostrzec jadącego za nim człon­ka zespołu — Juan‘a Manuel‘a Fan­gio, ten zdołał uniknąć kolizji z jed­nym z samo­chodów. Kole­jny wypadek mógł­by skończyć się trag­icznie dla nad­jeżdża­ją­cych kierow­ców.

Wyś­cigu nie prz­er­wano. Wyda­je się to chore, ale powody były uza­sad­nione. Obaw­iano się pani­ki, co mogło­by utrud­nić dotar­cie jed­nos­tek ratunkowych do miejs­ca katas­tro­fy i tym samym przy­czynić się do więk­szej śmiertel­noś­ci wśród ran­nych. Zespół Mer­cedesa na znak żało­by wyco­fał dwa pozostałe samo­chody z wyś­cigu mimo swo­jej znacznej przewa­gi nad rywala­mi i nie wró­cił do wyś­cigów aż do 1987 roku. Tego dnia jako pier­wszy dojechał Mike Hawthorn, kierow­ca Jaguara, który w pewnym stop­niu zapoc­zątkował zbieg nieszczęśli­wych wydarzeń. Zarówno Niem­cy, Franc­ja, Hisz­pa­nia oraz Szwa­j­caria zakaza­ły podob­nych imprez. Z biegiem lat oczy­wiś­cie znie­siono zakaz. Najdłużej zwlekała Szwa­j­caria, czekali bowiem do 2007 roku z pod­ję­ciem owej decyzji.

Ryzyko w tym leg­en­darnym wyś­cigu było jego nieod­zowną częś­cią. Jeden z byłych kierow­ców twierdzi, że w prze­ciągu 10 lat stracił około 20–25 zna­jomych, a za każdym razem, gdy stawali na linii star­tu zadawali sobie pytanie „czy­ja kolej nade­jdzie dziś”. Jed­nym z najniebez­pieczniejszych czyn­ników w całym wyś­cigu byli sami kierow­cy. Prob­lem pole­gał na tym, że w szran­ki z zawodowy­mi kierow­ca­mi stawali także ama­torzy. Według Sir Stirling‘a Moss‘a na sześćdziesię­ciu ówczes­nych kierow­ców zaled­wie pięt­nas­tu do dwudzi­es­tu nadawało się na kierow­ców wyś­cigowych, resz­ta stwarza­ła głównie zagroże­nie dla innych.

Kole­jnym ważnym aspek­tem, który miał wpływ na niebez­pieczeńst­wo była pogo­da. Nieza­leżnie od warunk­ów pogodowych czy pory dnia wyś­cig się odby­wał! Ogrom­na dys­pro­por­c­ja w pręd­koś­ci maksy­mal­nej między najszyb­szy­mi a naj­wol­niejszy­mi pojaz­da­mi wynosiła pon­ad 100 km/h! W środ­ku nocy pod­czas deszczu tak ogrom­na różni­ca mogła skończyć się fatal­nie. Ze wzglę­du na utrud­nioną widoczność ciężko było ocenić odległość do kole­jnego pojaz­du i jak szy­bko się on poruszał. Pon­ad czter­dzi­es­tu kierow­ców przypłaciło życiem udzi­ał w 24h Le Mans.

Pozytywny szaleniec

Jed­ną z naj­ciekawszych postaci w his­torii wyś­cigu był Pierre Bouillin, znany także wtedy jako Pierre Lev­egh, Parys­ki jubil­er i ama­tor wyś­cigów samo­chodowych, który zginął w wyżej opisanym wypad­ku. Zaled­wie 3 lata przed śmier­cią star­tował w bolidzie Tal­bot-Lago T26C i dokon­ał niesamowitego wyczynu. Gdy w pozostałych zespołach jeden samochód był kierowany zmi­en­nie przez co najm­niej 2 oso­by, Lev­egh usiłował pokon­ać dwudziestocztero­godzin­ny wyś­cig w poje­dynkę! Sza­le­niec… Po 22 godz­i­nach ciężkiej jazdy Pierre był na prowadze­niu i wszys­tko wskazy­wało na spek­taku­larną wygraną. Nieste­ty, na skutek błęd­nej zmi­any biegów spowodowanej najpraw­dopodob­niej zmęcze­niem skrzy­nia biegów Tal­b­o­ta uległa awarii co zakończyło marzenia o wygranej w Le Mans. Choć wyś­cig został wygrany przez zespół Mer­cedesa, Fran­cuzi wiwa­towali rodakowi i trak­towali go niczym zwycięzcę. W sum­ie sobie zasłużył.

Dlaczego estetyka czasem spada na 2 miejsce

Choć po dziś dzień to wciąż jeden z najniebez­pieczniejszych wyś­cigów, ryzyko spadło wielokrot­nie. Nie tylko tory są znacznie lep­iej zabez­piec­zone, ale i same samo­chody są tech­no­log­icznie na zupełnie innym poziomie (choć este­ty­cznie nie dorównu­ją swoim pradzi­ad­kom). Jako przykład moż­na wziąć wypadek Allan‘a Mcnish‘a w 2011r. Po kolizji z konku­ru­ją­cym Fer­rari jego Audi wyle­ci­ało poza jezd­nię prze­by­wa­jąc około 40m po usy­pa­nym żwirze, który zdał egza­min spowal­ni­a­jąc samochód, po czym uderzyło w bari­erę i zostało wyrzu­cone do góry. Samochód roz­padł się na kawał­ki jed­nak kokpit pozostał niemal nietknię­ty. Oso­by sto­jące za bari­era­mi mimo gradu ele­men­tów rozbitego pojaz­du wyszły z sytu­acji bez szwanku. Morał z tego taki, że cza­sem trze­ba poświę­cić este­tykę w celu zwięk­szenia bez­pieczeńst­wa. Ale mniejsza o to.

 

Wbrew pozorom to właśnie wsze­chobec­ne niebez­pieczeńst­wo czyni 24h Le Mans tak pop­u­larnym wyś­cigiem. To liczne i spek­taku­larne kraksy przy­cią­ga­ją co roku masy ludzi na Cir­cuit de la Sarthe i szy­bko się to nie zmieni. Co ciekawe, frek­wenc­ja widzów w 1956 roku wzrosła niemal dwukrot­nie po katas­trofie z poprzedza­jącego roku. Dla niek­tórych to chy­ba takie samo­chodowe Igrzys­ka Śmier­ci, albo nawet Death Race.

Niewąt­pli­wie jest to jed­no z ciekawszych wydarzeń sportowych w świecie moto­ryza­cji, choć mnie intere­su­je głównie klasa his­to­rycz­na, w której mogą brać udzi­ał wyłącznie samo­chody, które w tych wyś­ci­gach już star­towały. Wyś­cig jest jed­nak tylko swego rodza­ju hoł­dem dla przeszłoś­ci, gdyż nie tylko nie ma nagrody dla zwycięz­cy, ale i wyz­nac­zony czas pozwala na poko­nanie zaled­wie kilu okrążeń. Jest to raczej sprawa hon­oru i dumy, dlat­ego niek­tórzy jeszcze wal­czą o pozy­cję. Jedynym wspól­nym mianown­ikiem pozosta­je odby­cie częś­ci „wyś­cigu” nocą oraz sama trasa.

Oso­biś­cie chęt­nie bym spróbował swoich sił na takim torze. Ale biorąc pod uwagę zerowe doświad­cze­nie w wyś­ci­gach musi­ałbym jechać albo czymś wol­nym, albo jako jedyny na całym torze. Dobra, koniec mrzonek i his­torii na dziś. Roz­ciągnąłem to troszkiem… Czas zabrać się za coś innego. Trzym­ta się! Do następ­nego!